Marketing Sieciowy (MLM) – Zrobiłem To Kilka Lat Temu…

Nigdy nie lubiłem szkół i uczelni mimo, że ich kilka ukończyłem (dwie szkoły policealne, studia licencjackie…), bo od dziecka uwielbiałem wolność.

W wszystkich szkołach i na uczelniach (na tych kierunkach, które zacząłem i na tych, które ukończyłem… 😉 ) czułem, że jest ograniczana moja wolność. Nie mogłem znieść tego, że siedzę w szkole, czy na uczelni długie godziny, słuchając rzeczy, które mnie kompletnie nie interesują i które w większości nie są przydatne w późniejszym życiu…

Lata później zacząłem pracować w Polsce na wymarzonym przez „95% ankietowanych” 🙂 etacie, to na umowę zlecenie, to na umowę o dzieło (jeszcze przed studiami), ale ta bajka jakoś nie bardzo pasowała do tej, którą nam od dziecka przedstawiali nauczyciele… Coś w tym wszystkim nie grało za bardzo – albo pracodawca okazywał się nieuczciwy i do tej pracy tak naprawdę dołożyłem własne pieniądze, albo zarobki były tak niskie, że codzienne dojeżdżanie do pracy, to był po prostu bezsens…

Pytałem siebie wtedy – gdzie jest to dobre, godne życie, dzięki pracy, o którym mówili nauczyciele?

Trochę później, wyjechałem pierwszy raz do Wielkiej Brytanii i w zasadzie przez kilka kolejnych lat, co roku wyjeżdżałem do pracy w Anglii. W sumie przez tamte lata miałem sporo różnych prac – od pracy na zmywaku, po stróżowanie w biurowcach, budowlankę, pracę w kilku hotelach, aż po pracę w fabrykach kosmetyków samochodowych, czy też mrożonej żywności…

Fakt – większe zarobki niż w Polsce, można było sobie coś odłożyć w ciągu kilku miesięcy, ale w większości przypadków ogromny wyzysk, brak jakiegoś normalnego, ludzkiego podejścia – po prostu jesteś “maszyną na monety”, która ma zapierniczać… czasem pracowałem po 8 godz., czasem po 10, 12, a nawet zdarzyło się, że miałem pracę 14 godz. na dobę…

Nie było lekko, aczkolwiek nigdy nie bałem się ciężkiej pracy, natomiast w każdej z tych prac, pojawiało się we mnie znów to samo paskudne uczucie, które towarzyszyło mi w szkołach – czułem, że jest ograniczana moja wolność i zastanawiałem się, gdzie jest to piękne, stabilne życie, które miało być dzięki pracy etatowej – według nauczycieli, rodziny, sąsiadów…

np. 5 lub 6 dni w tygodniu (a czasem 7) po 10 godzin pracy – przyjeżdżałem do mieszkania, trzeba było się wykąpać, coś zjeść i spadałem zmęczony “na twarz”… i tak na okrętkę.

W pewnym momencie dotarło do mnie, że to wszystko, czego słuchałem przez długie lata, to totalny BULLSHIT – bzdura, którą mi całe moje otoczenie aplikowało do umysłu od najmłodszych lat. Otoczenie, które jest do tego stopnia zresetowane, że samodzielnie nie zauważa nic złego w tym wszystkim – po prostu „żyją w tym” od lat i uważają to za coś normalnego. Są niewolnikami w wielu tego słowa znaczeniach i wmawiają sobie oraz innym, że to jest normalne, fajne, godne…

Jakiś Czas Później…

…oczywiście każda sytuacja/praca itd., miały jakieś swoje pozytywne strony, czegoś mnie nauczyły, poznawałem nowych ludzi – poznawałem różne strony tych ludzi… itd., ale to wszystko nie miało zbyt wiele wspólnego z wolnością.

W pewnym momencie stwierdziłem, że takie życie nie ma większego sensu, że praca etatowa nie jest dla mnie, bo niesamowicie mnie ogranicza zarówno czasowo, jak również w kwestii rozwoju własnego – odczuwałem to jako sprzedaż własnego życia za „kilka papierków” w postaci banknotów.

Założyłem własną firmę handlową w Polsce, dzięki której uwolniłem się od chamstwa, skąpstwa i głupoty niektórych poprzednich szefów, uwolniłem się od zazdrości i głupoty ludzi, którzy w UK w niektórych firmach „podstawiali nogę” innym, żeby tylko oni błyszczeli w pracy, jako wzory i aby „zagwarantować” sobie pracę na dłużej, uwolniłem się od standardowego czasu pracy np. od 7-15…

…w końcu poczułem trochę wolności, ale nie na długo, bo z kolei pojawiła się duża odpowiedzialność, duże miesięczne wydatki (i zero gwarancji zysku), kredyty do spłacenia… czyli tak naprawdę sam siebie zatrudniłem, co z jednej strony bardzo mi się podobało – z drugiej strony, stałem się “niezastąpiony” w wszystkich sprawach firmowych (jakakolwiek choroba, wypadek, wyjazd itp. i nie zarabiam, a koszty miesięczne nie maleją…)

Także w pewnym momencie to wszystko mnie trochę przytłoczyło, bo z wyboru odejścia od jednego rodzaju niewolnictwa, stworzyłem sobie niewolnictwo w innym aspekcie…

Zrobiłem To Kilka Lat Temu…

W pewnym momencie zacząłem się coraz mocniej angażować w marketing sieciowy/programy partnerskie – poznawać je, testować, próbować zbudować swoje źródło dochodu.

Po drodze (przez lata) oczywiście popełniłem sporo błędów, poniosłem mnóstwo porażek, ale to mnie nie zniechęciło.

Osobiście uważam MLM (Marketing Wielopoziomowy/Marketing Sieciowy) za najlepszy model biznesowy, dający największą szansę na wolność w wielu aspektach (nie tylko finansową).

Żeby było jasne – nie osiągnąłem jeszcze wolności finansowej, dzięki MLM, ale zbudowałem sobie pasywne źródła dochodu, czyli czasem codziennie, czasem co kilka dni – wpływają zarobki/prowizje na moje konta bez względu na to, czy danego dnia pracuję nad rozwojem biznesu, czy spędzam czas z rodziną i to jest świetne…

Nie muszę znosić humorów szefa albo współpracowników, którzy robią na złość innym, żeby podlizać się szefowi. Nie muszę rejestrować własnej firmy w tym celu i ponosić sporych kosztów (np. same składki do piramidy finansowej zwanej ZUS, co miesiąc wynoszą ponad 1000zł, których i tak nie odzyskam…), nie muszę pracować jak automat od godz. 7-15, nie muszę nigdzie dojeżdżać (jeśli nie chcę budować biznesu offline).

Poza tym niski koszt miesięczny (bardzo niski w porównaniu z kosztami własnej firmy) – np. w firmie ALL IN ONE PROFITS, w oparciu o którą buduję jeden z swoich biznesów, koszt miesięczny to tylko $11,50 (czyli ok. 40zł) – porównaj to sobie z kosztami prowadzenia własnej firmy albo np. z kosztami dojazdu do swojej pracy etatowej…

Duża odpowiedzialność np. za wady produktów, za sprawy techniczne systemu oraz koszty z tym związane  itd., spoczywają na firmie, z którą podejmuje się współpracę, a nie na nas… czyli mamy komfort psychiczny.

Marketing sieciowy dla mnie nie jest „obowiązkiem” (tak jak wcześniej była praca etatowa) – budowanie biznesu w oparciu o marketing sieciowy, wszystkie działania, praca z tym związana – z reguły są dla mnie przyjemnością, często wyzwaniem (pokonywaniem samego siebie np. w kwestiach mentalnych)… Robię to, bo tego chcę, a nie dlatego, że szef każe mi to robić… i to jest ogromna różnica.

Zwróć też uwagę na jedną rzecz – przeważnie jak rezygnuje się z pracy etatowej, albo ktoś jest zwalniany z pracy, to automatycznie pali się większość mostów – nie ma alternatywy w oparciu o “znajomych” z pracy, czy w oparciu o firmę/szefa, żeby coś dzięki temu/nim zbudować odnowa.

…w marketingu sieciowym, buduje się biznes w oparciu o wiele zdrowsze relacje – nie ma tutaj szefa i „pachołka”, który ma wykonywać rozkazy tego szefa. Są natomiast relacje partnerskie, gdzie ludzie wspólnie się wspierają – nie ma tutaj chorego podziału na zasadzie „Ty jesteś gnojek, a ja bóg…”

…i jeśli zbudujesz sobie przez lata grupę partnerów opartą o pozytywne, partnerskie relacje, to nawet jeśli dana firma, w oparciu o którą budujecie biznes, upadnie z jakiegoś powodu i stracisz nagle źródło dochodu, to jesteś wstanie bardzo szybko odbudować swój biznes/źródło dochodu w oparciu o inną firmę, z tymi samymi, lojalnymi partnerami, dla których nie liczy się tylko KASA, ale coś więcej – coś, co zbudowaliście wspólnie przez ten czas/lata – dobre relacje…

Dzięki za poświęcony czas na przeczytanie tego artykułu…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *